Plecak, przewodnik i przygoda.

Posts tagged “podróż

Nie chce się wyjeżdżać z Nepalu

Nepal. Kathmandu. Lotnisko.Zazwyczaj nikomu nie chce się wracać z wakacji. Nam w tym roku nie chciało się jakoś szczególnie. Nie wiem czy to zauroczenie nepalskim klimatem czy też wizja powrotu do, wydawałoby się, niefajnej rzeczywistości. Jeszcze kilka godzin przed wylotem rzucałyśmy propozycjami w stylu: „Nie jedziemy! Zostajemy! A co!” Rozstanie z Nepalem było sentymentalne i bolesne.

Urodziny w Kathmandu

Też bym chciała, ale to nie moje urodziny. Celowo tak dobierałyśmy datę wylotu, żeby spędzić urodziny koleżanki Wiol w Kathmandu. Wypadały w ostatni wieczór naszego pobytu. Wcześniej poczyniłyśmy ostatnie zakupy na Thamelu. Większość dnia zajęło nam pakowanie plecaków. Wcisnąć całe łóżko ciuchów i innych rzeczy do 60. litrów jest ogromną sztuką. (więcej…)


Lumbini – tam gdzie urodził się Budda

Nepal. Lumbini. Maya Devi Temple. Miejsce urodzenia Buddy.Siedzimy w Pokharze od kilku dobrych dni. Miło spędzamy czas na włóczeniu się po Lakeside. Trochę pada, w końcu pora deszczowa. Czasami zaliczymy wypad do miejsca, które należy zobaczyć, ale nie ma co się naprężać. Pełen chill out. W przypływie refleksji, iż nie codziennie podróżujemy do Nepalu, podejmujemy jakże stanowczą decyzję. Jedziemy do Lumbini. Taki kilkudniowy wypad z małym plecaczkiem na południe Nepalu.

Jedna taka szansa na sto

Wczesna pobudka, bo i wyjazd wczesny. Teoretycznie 6:30. Przynajmniej na taki autobus turystyczny został nam sprzedany bilet. Oczywiście pan w naszym hotelu ma full service, więc kupiłyśmy bilet z wyprzedzeniem. Na dworzec autobusowy tniemy z buta jakieś 10 minut. 5:40. Co robić przez tyle czasu? Don’t worry. (więcej…)


A jednak trekking!

Właściwie nie planowałyśmy wypadu w góry. No, ale być w himalajskim państwie i nie pójść w góry? Chociaż te mniejsze. Po dwóch godzinach posiedzenia w agencji turystycznej zdecydowałyśmy się na kilkudniowy trekking Ghorepani – Poon Hill – Ghandruk. Miałyśmy duże wątpliwości, bo pora monsunowa i nie zobaczymy gór, bo wcale nie mała kasa, bo to i tamto. Ryzyk fizyk. Wyjazd pojutrze. My w miasto żeby „dogromadzić” ekwipunek. Na Thamelu jest mnóśtwo sklepów turystycznych. Wszystkie sprzedają ten sam, kiepskiej jakości, ale za to tani sprzęt. Original Nepali i Original China renomowanych marek. Niektóre rzeczy są całkiem spoko i naprawdę opłaca się je kupić. Z naszym przewodnikiem Sanjibem wybrałyśmy się do zaprzyjaźnionego sklepu. Stamtąd odesłali nas do magazynu. Kilka pomieszczeń zawalonych equipmentem różnego rodzaju. Gościu sobie leży na worach i czeka na klientów. Nieźle. Coś tam wybrałyśmy, coś tam dokupiłyśmy w innych miejscach i byłyśmy gotowe do drogi.

W nocy przed wyjazdem padał deszcz. Wstajemy rano i myślimy: „za…rąbiście”. (więcej…)


Dubajskie centra handlowe i zimowe atrakcje

Ponownie w podróży

No i się zaczęło. W atmosferę podróży wsiąknęłam rzucając plecak w poczekalni wrocławskiego lotniska i witając się z Wiol, moją wieloletnią kompanką. Nareszcie wakacje. Przez Frankfurt lecimy do Abu Dhabi. Punkt pierwszy w tegorocznych planach. Samolot arabskich linii Etihad w komfortowych warunkach przetransportował nas do stolicy Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Stamtąd etihadzki autokar zabrał nas do Dubaju. Przez okna mogłam podziwiać pierwsze, nocne widoki. Na stacji autobusowej czekał na nas Łukasz, kolega który zgodził się nas gościć przez sześć dni. Przywitanie to co najwyżej uścisk ręki. Spontaniczne cześć i „misiek” od razu zostałyby skarcone. Witamy w muzułmańskim kraju.

(więcej…)


Dubaj – Nepal 2012

Nadeszła pora upragnionych wakacji i czas kolejnej letniej wyprawy. Człowiek zanim się obejrzał a minął kolejny rok. Za niecałe trzy godziny samolot z wrocławskiego lotniska zabierze mnie do Frankfurtu, skąd polecę do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Przez tydzień będę się delektować bogactwami szejków w Dubaju oraz cierpieć z powodu tamtejszych upałów. Potem już obieram kierunek do Nepalu. Pięć tygodni w tej himalajskiej krainie nie może się nie udać. No, chyba, że monsun za bardzo się rozszaleje…

Zachęcam do czytania relacji z mojej podróży i życzę udanej lektury.


Guilin

Tarasy ryzowe

Nie dziwie sie, ze turysci masowo ciagna do Guilin. W Chinach to miasteczko, chociaz liczy 740 tys. mieszkancow. Hm, Wroclaw miasteczkiem? Wiec miasteczko Guilin ma ogromnego asa w rekawie. Przepiekne okolicznosci przyrody w jakich sie znajduje. Najpopularniejszy obrazek stad stanowi rzeka plynaca miedzy owalnymi gorami. Co rusz zza zabudowan wylaniaja sie charakterystyczne wzniesienia. Nowo przybyli nie moga sie napatrzec. A to dopiero namiastka. Podoba mi sie. Bardzo. Stawiamy na zwiedzanie okolicy. Transportem lokalnym wybieramy sie na dwudniowa wycieczke. Chcemy zobaczyc tarasy ryzowe. Rzecz polecona przez Chinke z pociagu.

Najpierw tluczemy sie 2,5h do Longsheng. (więcej…)


Shaolin i kung-fu

Ponownie w pociagach

Bylysmy bliskie zaliczenia kolejnego spoznienia. Tym razem na pociag relacji X’ian – Louyang. Nie moglysmy sie zdecydowac w sklepie, ktore ciasteczka kupic na podroz. Haha. Ostatecznie wyprulysmy z hostelu 45 minut przed odjazdem, poganiane przez chinskich znajomych z pokoju: „quickly, quickly”. Dla nich to tylko trzy kwadranse, dla nas az.

Udalo nam sie zalapac na cala procedure, jaka przechodza pasazerowie zanim usiada (lub nie) na swoich miejscach, a jaka ominela nas poprzednim razem. Przypomina troche lotniskowa zabawe. Najpierw pokazuje sie bilet. Dopiero wowczas mozna wejsc do budynku dworca kolejowego. Zaraz po tym kontrola bagazu. Pozniej trzeba odnalezc odpowiednia poczekalnie. Jesli jest sie na stacji poczatkowej nie ma gdzie stopy wcisnac. Siedzenia pozajmowane, opluta podloga rowniez. Co sprytniejsi rozkladaja sie na gazetach. Nie nalezymy z Wiol do najmniejszych, ale przepchnelysmy sie do przodu. (więcej…)


X’ian

Cyrk pociagowy

O maly wlos, a bysmy sie spoznily na pierwsza podroz chinskim pociagiem. Krajowym. Wparowalysmy kilka minut przed odjazdem. Haha. Smiech, bo wyszlysmy poltorej godziny wczesniej z hostelu, w pelni wyluzowane. Spacerek, przejazdzka metrem, dojscie do dworca. Olbrzymiego. I w tym momencie orientujemy sie, ze jest pozno. Puszczamy sie biegiem na nasz peron. Uff. Zdazylysmy. Zostalo 6 minut. Jednak niespodzianki sie nie skonczyly. Awaria klimatyzacji. Okien nie da sie otworzyc. Na dworze upal i duchota. W wagonie klasy „hard seats” autentyczna sauna. W piec minut jestem cala mokra. Jak po naglym oberwaniu chmury. Nawet obiektyw aparatu zaparowal. Sytuacja sie poprawia kiedy pociag rusza. Powoli klima zaczyna dzialac.

Podejmuje probe przedostania sie do toalety w celu zmiany odziezy z mokrej na sucha. (więcej…)


Sześć dni w kolejce transmongolskiej

Chiny w Moskwie
Na tablicy w poczekalni Dworca Jarosławskiego w Moskwie przy pociągu nr 4 do Pekinu wskoczyła „5”. Duży plecak zarzuciłam na plecy, mały na przód i dociążona czterema litrami wody mineralnej maszeruję na peron. A tam… chińskie wagony, chińscy konduktorzy i chińskie znaczki. Zaskoczenie i zdziwienie. Lekkie drgniecie serca. Nie spodziewałam się, że Chiny przybędą do mnie. Oczekiwałam rosyjskiego składu i rosyjskiej atmosfery na pokładzie kolejki. Pierwsza wykonana rzeczą jest zerwanie tybetańskich naklejek z kubka i z okładki dziennika. Tak na wszelki wypadek.

Wagon nr 11
Ogólnie nieźle. Chiński wagon cupe okazuje się wygodnym środkiem długodystansowej lokomocji. Cztery łóżka w przedziale. Do mnie i Wioli dosiada się pani Tunga z Mongolii. Organizujemy życie: (więcej…)


Przemytniczki czekoladek i babeczek

24 godziny w pociagu Lwow – Moskwa. Plackarta jak wyjeta z albumu ze zdjeciami podrozniczymi. Przypadly nam miejsca sypialne jedno na gorze i jedno na dole. W schowku na bagaze pod lozkiem na parterze, znajdujemy podrzucona reklamowke ze slodyczami. Pani opiekunka naszego wagonu prosi o przewiezienie pakunku przez granice rosyjska. Ona nie moze. Odchodzimy bez slowa i przez cala droge zachodzimy w glowe co tam naprawde jest. Tymczasem Pani „prowadniczka” napelnia skrytke w suficie i skrzetnie przykreca srubki. Hm, no i co tu powiedziec.

Pogoda upalna, w pociagu sauna. Otwieraja sie tylko male, gorne okienka po jednej stronie boksu. Wentylacja zerowa. Pod tym wzgledem w indyjskim skladzie bylo lepiej – zamiast szyb kraty. Ubranie mokre od potu, cialo sie lepi. Nie pomagaja zabiegi nawilzania woda z dziwnego kranu w toalecie. Pasazerowie po prostu leza w bezruchu. Dopiero wieczor przynosi ulge.

Trzepania na granicy ukrainsko – rosyjskiej nie bylo. Jedynie dokladne sprawdzenie wiz i paszportow, bo jestesmy z „Polszy”. Teraz caly dzien w Moskwie. Zostawiamy bagaze w hostelu Underground, w ktorym mieszkalysmy w ubieglym roku, bierzemy upragniony prysznic, korzystamy z internetu i w miasto.

Jeszcze szesc dni koleja transmongolska, dwie granice i bedziemy w Pekinie.

Do galerii „Chiny 2010” wpadlo kilka zdjec. Troche przypadkowych ze wzgledow technicznych.


Klimatyczny Lwów

Trzydniowy pobyt we Lwowie dobiega końca. Okazuje się, ze można wyjechać zupełnie bez przygotowania kiedy ma się fajnych znajomych. Dostałam namiary na ludzi, którzy zapewnili mi nocleg, oprowadzili po mieście, cierpliwie tłumaczyli co, gdzie i skąd odjeżdża. Mogłam wyrzucić na makulaturę wydrukowane w ostatniej chwili informacje z wikipedii (chociaż mapka się przydała).

Wow!

Lwów mnie powalił. Atmosferycznie podobny do Wrocławia. Godzinami można błąkać się po uliczkach i zakątkach, przesiadywać w knajpkach popijając tutejsze piwo, bądź pyszną czekoladę (zwłaszcza połączenie białej z czarną w „Złotym Dukacie”). Piękna pogoda dopełniała dzieła rozkoszy i wakacyjnego lenistwa.

Jednak to nic w porównaniu z Cmentarzem Łyczakowskim. (więcej…)


Dlaczego Chiny?

Dlaczego? Dlatego, że w tym roku nie nauczyłam się języka hiszpańskiego i nie mogę pojechać do Meksyku. Dlatego, że z wielu względów to interesujący kraj. Dlatego, że warto zobaczyć najludniejszy kraj świata i poznać życie Chińczyków. Dlatego, że piszę pracę magisterską o Tybecie. Dlatego, że miesiąc w Chinach to prawdziwy kosmos.

Wrocław – Pekin pociągiem. Dotarcie do Pekinu stanowi nie lada wyzwanie. Ponad 9 tys. kilometrów koleją. Najpierw do Lwowa, potem do Moskwy i stamtąd do stolicy Państwa Środka. Pięć i pół dnia w rosyjskiej maszynie non stop. Przynajmniej poczytam nieruszony jeszcze przewodnik.

Miesiąc w Chinach zleci szybko. Cztery tygodnie miną prędko. Zanim się obejrzę będę stała na lotnisku w Hong Kongu czekając na samolot powrotny do Polski. Z drugiej strony brak planu trasy między stolicą a specjalnym regionem administracyjnym intryguje i gwarantuje niezapomniane przeżycia.


Już niedługo

Zostało pięć dni do wyjazdu. Plecak niespakowany, wizy i bilety nieodebrane, blog w wersji mocno roboczej. But no panic.