Plecak, przewodnik i przygoda.

Posts tagged “jedzenie

Kathmandu!

Nepal. Kathmandu. Boudhanath Stupa.Pocztówka z widokiem Bodnath Stupa długo stała u mnie na półce. Kupiłam ją wiele lat temu, bodajże w tybetańskim sklepiku w Wawie, nie myśląc nawet o tym, iż kiedykolwiek pojadę do Nepalu. Marzyło mi się, ale wydawało wówczas zupełnie nieralne. Na szczęście stało się realne.

Podróż z Pokhary minęła bez specjalnych ekscesów. Może poza tym, że „pan na początku miły” wrobił nas z siedzeniami w autobusie i ostatecznie siedziałyśmy na samym tyle, a pomiędzy nami grupa anglosaskich turystów. Byli… poprawniejszy synonim do słowa obleśni? Przypominali hordy Anglików upijających się w weekendy we Wro. I tak siedem godzin. Przygotowywałam się na jazdę a’la nepali express. I tu zaskoczenie proszę Państwa. Kierowca chyba nie był rodowitym Nepalczykiem, haha. Wręcz się wlekliśmy ślamazarnie, zwalniając jeszcze przed każdym zakrętem. Nuuuuda. (więcej…)


Pokhara Paradise

Nepal. Pokhara. Przystań przy Pałacu Królewskim.Kiedy wysiada się na dworcu autobusowym, przybysza wita wielki billboard „Paradise Pokhara”. Przybysza wita również tłum taksówkarzy i naganiaczy elegancko ubranych w białe koszule. Dziękujemy, mamy gdzie spać i pójdziemy piechotą.

Pokhara jest małym rajem, zwłaszcza Lakeside. Została odkryta przez hippisów w latach 70-tych. Położona nad wodami jeziora Phewa Tal, z migoczącymi (nie w czasie monsunu) górskimi szczytami i rozwiniętą bazą turystyczną dzielnica stanowi główny punkt wypadowy dla wszelkich trekkingów oraz atrakcji outdoorowych. Stąd rusza się na wielodniowy trekking Annapurna Circuit (przewodnicy dobiorą ilość dni wędrówki wedle potrzeb klienta). Z pobliskiej góry Sarangkot startują paralotnie, a widoki podobno należą do najlepszych na świecie. Wzdłuż ulic ciągnącego się przez kilka kilometrów Lakeside usadowiły się (więcej…)


Nepal, to jest to!

Przylot do KTM

Samolot etihadzkich linii lotniczych wylądował w Kathmandu po południu 22 czerwca. Wystarczyło mi jedno spojrzenie przez okienko żeby wiedzieć, że TO JEST TO! Towarzyszyły mi dwa uczucia: radość i ekscytacja. Czekałam na taki moment dwa lata, od powrotu z niezapomnianych Indii. Jakbym wróciła do domu. Wyjście na płytę, powiedzmy, lekko zapuszczonego lotniska sprawiło, że od razu poczułam się w klimacie. Górzysta okolica i niebo pokryte monsunowymi chmurami. Budynek portu lotniczego fantastyczny, z niedziałającą bramką przy kontroli bagażu, niespieszną obsługą, rozlatującymi się sprzętami. A my narzekamy na swoje, polskie… Niepotrzebnie. Na miejscu kupiłyśmy miesięczną wizę za 40 dolarów. Czeka nas wizyta w biurze imigracyjnym i jej przedłużenie. Bez pośpiechu odbieramy plecaki, które na nas czekały. Zazwyczaj to my czekamy na nie. Pora otworzyć przewodnik i ustalić plan działania. (więcej…)


Jumeirah

Wizyta w meczecie

W Polsce niedziela jest dniem wolnym i kościelnym. A my w niedzielę, w normalny dzień pracy dla Arabów udałyśmy się do jedynego, otwartego dla turystów meczetu. Meczet Jumeirah. O godzinie 10.00 w wybrane dni trzy sympatyczne panie prowadzą z jajem wykład na temat islamu połączony z wizytą w meczecie. Odzierają swoją religię z radykalnej skóry i opowiadają o miejscu kobiety w jej strukturach. Wyjaśniają zasady rządzące wyznaniem Mahometa, odżegnują się od terrorystów i dowcipkują. Na przykład dlaczego kobiety i mężczyźni modlą się osobno: „Bo wyobraźcie sobie, że obok kobiety stoi Brad Pitt lub obok mężczyzny Angelina Jolie, to czy mogliby oni się skupić na modlitwie?”. No właśnie. Już pominę fakt, że wielu Arabów, oczywiście tych wysokich, jest naprawdę przystojnych. I całkiem do twarzy im w tych białych „sukienkach”. (więcej…)


Stary Dubaj

Po handlowych szaleństwach w nowoczesnym stylu postanowiłyśmy zmienić klimat. Tym razem wybrałyśmy się do kolebki Dubaju, miejsca założenia osady. Podróż metrem zajęła dobre pół godziny. Dubaj, rozciągnięty wzdłuż morskiego wybrzeża, ma kilkadziesiąt kilometrów długości. Wysiadłyśmy na stacji Union. Stamtąd udałyśmy się w stronę nabrzeża, skąd wodne taksówki zabrały nas do punktu startowego. Najfajniejsza była mała łódka. Za 1 dirhama staruszek z siwą brodą przewoził na drugi brzeg. Dzisiaj będziemy śledzić szlak zaproponowany przez przewodnik Lonely Planet.

Deira

Deira, dzielnica Dubaju diametralnie różniąca się od nowej części miasta. Położona nad kanałem wodnym, bardziej przypomina kolorowy jarmark z zupełnie innego świata. (więcej…)


Hong Kong

Jest maj 2011 roku. Wyprawa do Chin dawno dobiegła końca. Gdzieś w zamieszaniu po powrocie do kraju utknął wpis dotyczący Hong Kongu. To pewnie przez festiwal filmowy Era Nowe Horyzonty, w wir którego od razu wpadłam. A w myślach powstawał jeszcze następny, podsumowujący całą podróż post. Nie mniej postaram się przybliżyć trochę Hong Kong, bo to naprawdę świetne miejsce. Jestem pod jego absolutnym wrażeniem.

Relacja na blogu urywa się w dniu 15 lipca 2010 roku, kiedy to dotarłyśmy do Hong Kongu, ostatniego punktu naszej podróży i wynurzyłyśmy się z metra na powierzchnię…
… Przeżyłam fantastyczne „wow”. (więcej…)


X’ian

Cyrk pociagowy

O maly wlos, a bysmy sie spoznily na pierwsza podroz chinskim pociagiem. Krajowym. Wparowalysmy kilka minut przed odjazdem. Haha. Smiech, bo wyszlysmy poltorej godziny wczesniej z hostelu, w pelni wyluzowane. Spacerek, przejazdzka metrem, dojscie do dworca. Olbrzymiego. I w tym momencie orientujemy sie, ze jest pozno. Puszczamy sie biegiem na nasz peron. Uff. Zdazylysmy. Zostalo 6 minut. Jednak niespodzianki sie nie skonczyly. Awaria klimatyzacji. Okien nie da sie otworzyc. Na dworze upal i duchota. W wagonie klasy „hard seats” autentyczna sauna. W piec minut jestem cala mokra. Jak po naglym oberwaniu chmury. Nawet obiektyw aparatu zaparowal. Sytuacja sie poprawia kiedy pociag rusza. Powoli klima zaczyna dzialac.

Podejmuje probe przedostania sie do toalety w celu zmiany odziezy z mokrej na sucha. (więcej…)


Opuszczam Pekin

Chinski Srodek Swiata
Jest sobota. Weekend. Dzieki szczesliwemu zbiegowi okolicznosci udaje nam sie kupic bilety do X’ian. Wlasnie meczylysmy sie z napisem na karteczke, z ktora chcialysmy pojsc do kasy na dworcu kolejowym. Zauwazyla to para chinsko-holenderska i zaoferowala pomoc. Tym sposobem zyskalysmy jedne z ostatnich biletow oraz towarzystwo w dlugiej podrozy. Zapomnialam, ze jestem w najludniejszym panstwie swiata. Zeby dostac sie gdziekolwiek trzeba dlugo wczesniej o to zadbac. Piec dni to za malo. Nawet jesli pociag odjezdza kilkanascie razy na dobe.

Podbudowane transportowym sukcesem jedziemy do Swiatyni Nieba. Jednak w otaczajacym Tiantan parku nie zaznam spokoju. Tysiace Chinczykow (więcej…)


Pekińskie początki

Znalezc nocleg w 15 milionowym miescie
Pociag dotarl do celu. Wysiadlysmy na nowoczesnym, wrecz blyszczacym dworcu kolejowym. Wow. Jeszcze na takim nie bylam. Idziemy za tlumem do wyjscia. Na zewnatrz budynku pojawia sie ogromny plac nabity ludzmi. Tlok niesamowity. Mimo tego czujemy sie bezpiecznie. Nikt nie jest natarczywy. Lekko zdezorientowane w ogolnym polozeniu, robimy fotki. Krecimy sie w kolko z mysla w glowie: „Ok, co tu dalej robic?”. W gaszczu chinskich krzaczkow staramy sie odnalezc informacje turystyczna. Porazka. Ale i smiech kiedy widze „bialych” turystow kierujacych swoje pierwsze kroki do KFC. Haha. Chlopaki nie wiedza od czego zaczac. Nam idzie coraz lepiej. W banku dostajemy yuany z wizerunkiem Mao na kazdym. Banknot o wartosci 50 ma na odwrocie Palac w Lhasie… Przy pomocy przewodnika LP obieramy kurs na hostel o dobrze brzmiacej nazwie „Lama Temple”. (więcej…)