Plecak, przewodnik i przygoda.

Najnowsze

A jednak trekking!

Właściwie nie planowałyśmy wypadu w góry. No, ale być w himalajskim państwie i nie pójść w góry? Chociaż te mniejsze. Po dwóch godzinach posiedzenia w agencji turystycznej zdecydowałyśmy się na kilkudniowy trekking Ghorepani – Poon Hill – Ghandruk. Miałyśmy duże wątpliwości, bo pora monsunowa i nie zobaczymy gór, bo wcale nie mała kasa, bo to i tamto. Ryzyk fizyk. Wyjazd pojutrze. My w miasto żeby „dogromadzić” ekwipunek. Na Thamelu jest mnóśtwo sklepów turystycznych. Wszystkie sprzedają ten sam, kiepskiej jakości, ale za to tani sprzęt. Original Nepali i Original China renomowanych marek. Niektóre rzeczy są całkiem spoko i naprawdę opłaca się je kupić. Z naszym przewodnikiem Sanjibem wybrałyśmy się do zaprzyjaźnionego sklepu. Stamtąd odesłali nas do magazynu. Kilka pomieszczeń zawalonych equipmentem różnego rodzaju. Gościu sobie leży na worach i czeka na klientów. Nieźle. Coś tam wybrałyśmy, coś tam dokupiłyśmy w innych miejscach i byłyśmy gotowe do drogi.

W nocy przed wyjazdem padał deszcz. Wstajemy rano i myślimy: „za…rąbiście”. Ciąg dalszy tej strony »

Nepal, to jest to!

Przylot do KTM

Samolot etihadzkich linii lotniczych wylądował w Kathmandu po południu 22 czerwca. Wystarczyło mi jedno spojrzenie przez okienko żeby wiedzieć, że TO JEST TO! Towarzyszyły mi dwa uczucia: radość i ekscytacja. Czekałam na taki moment dwa lata, od powrotu z niezapomnianych Indii. Jakbym wróciła do domu. Wyjście na płytę, powiedzmy, lekko zapuszczonego lotniska sprawiło, że od razu poczułam się w klimacie. Górzysta okolica i niebo pokryte monsunowymi chmurami. Budynek portu lotniczego fantastyczny, z niedziałającą bramką przy kontroli bagażu, niespieszną obsługą, rozlatującymi się sprzętami. A my narzekamy na swoje, polskie… Niepotrzebnie. Na miejscu kupiłyśmy miesięczną wizę za 40 dolarów. Czeka nas wizyta w biurze imigracyjnym i jej przedłużenie. Bez pośpiechu odbieramy plecaki, które na nas czekały. Zazwyczaj to my czekamy na nie. Pora otworzyć przewodnik i ustalić plan działania. Ciąg dalszy tej strony »

Meczet Szejka Zayeda bin Sultana Al Nahyana w Abu Dhabi

W Dubaju widziałam wiele zachwycających, będących naj, rekordowych rzeczy. Jednak żadna z nich nie wywarła na mnie tak głębokiego wrażenia jak meczet Szejka Zayeda.

Abu Dhabi

Stolica Emiratów Arabskich. Z dubajskiej stacji autobusowej co rusz kursują autokary. 15 dirhamów i po dwóch godzinach wysiadamy w Abu Dhabi. Rezygnujemy ze zwiedzania. Nieznośny upał i jakoś tak okoliczne ulica nie dopingują nas do przechadzki. Po prostu wielkie miasto.

Biała magia

Autobusem miejskim dojeżdżamy pod meczet. Ciąg dalszy tej strony »

Jumeirah

Wizyta w meczecie

W Polsce niedziela jest dniem wolnym i kościelnym. A my w niedzielę, w normalny dzień pracy dla Arabów udałyśmy się do jedynego, otwartego dla turystów meczetu. Meczet Jumeirah. O godzinie 10.00 w wybrane dni trzy sympatyczne panie prowadzą z jajem wykład na temat islamu połączony z wizytą w meczecie. Odzierają swoją religię z radykalnej skóry i opowiadają o miejscu kobiety w jej strukturach. Wyjaśniają zasady rządzące wyznaniem Mahometa, odżegnują się od terrorystów i dowcipkują. Na przykład dlaczego kobiety i mężczyźni modlą się osobno: „Bo wyobraźcie sobie, że obok kobiety stoi Brad Pitt lub obok mężczyzny Angelina Jolie, to czy mogliby oni się skupić na modlitwie?”. No właśnie. Już pominę fakt, że wielu Arabów, oczywiście tych wysokich, jest naprawdę przystojnych. I całkiem do twarzy im w tych białych „sukienkach”. Ciąg dalszy tej strony »

Stary Dubaj

Po handlowych szaleństwach w nowoczesnym stylu postanowiłyśmy zmienić klimat. Tym razem wybrałyśmy się do kolebki Dubaju, miejsca założenia osady. Podróż metrem zajęła dobre pół godziny. Dubaj, rozciągnięty wzdłuż morskiego wybrzeża, ma kilkadziesiąt kilometrów długości. Wysiadłyśmy na stacji Union. Stamtąd udałyśmy się w stronę nabrzeża, skąd wodne taksówki zabrały nas do punktu startowego. Najfajniejsza była mała łódka. Za 1 dirhama staruszek z siwą brodą przewoził na drugi brzeg. Dzisiaj będziemy śledzić szlak zaproponowany przez przewodnik Lonely Planet.

Deira

Deira, dzielnica Dubaju diametralnie różniąca się od nowej części miasta. Położona nad kanałem wodnym, bardziej przypomina kolorowy jarmark z zupełnie innego świata. Ciąg dalszy tej strony »

Dubajskie centra handlowe i zimowe atrakcje

Ponownie w podróży

No i się zaczęło. W atmosferę podróży wsiąknęłam rzucając plecak w poczekalni wrocławskiego lotniska i witając się z Wiol, moją wieloletnią kompanką. Nareszcie wakacje. Przez Frankfurt lecimy do Abu Dhabi. Punkt pierwszy w tegorocznych planach. Samolot arabskich linii Etihad w komfortowych warunkach przetransportował nas do stolicy Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Stamtąd etihadzki autokar zabrał nas do Dubaju. Przez okna mogłam podziwiać pierwsze, nocne widoki. Na stacji autobusowej czekał na nas Łukasz, kolega który zgodził się nas gościć przez sześć dni. Przywitanie to co najwyżej uścisk ręki. Spontaniczne cześć i „misiek” od razu zostałyby skarcone. Witamy w muzułmańskim kraju.

Ciąg dalszy tej strony »

Dubaj na zdjeciach

Wpadlo troche fotek z Dubaju do galerii. Zachecam do obejrzenia i zapraszam do galerii zdjec.

Dubaj – Nepal 2012

Nadeszła pora upragnionych wakacji i czas kolejnej letniej wyprawy. Człowiek zanim się obejrzał a minął kolejny rok. Za niecałe trzy godziny samolot z wrocławskiego lotniska zabierze mnie do Frankfurtu, skąd polecę do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Przez tydzień będę się delektować bogactwami szejków w Dubaju oraz cierpieć z powodu tamtejszych upałów. Potem już obieram kierunek do Nepalu. Pięć tygodni w tej himalajskiej krainie nie może się nie udać. No, chyba, że monsun za bardzo się rozszaleje…

Zachęcam do czytania relacji z mojej podróży i życzę udanej lektury.

Moje Bieszczady

Bezludzie, połoniny, piwo z jajem i kultowa Siekierezada, czyli kilka dni w Bieszczadach.

 

 

 

 

 

 

Zapraszam do galerii zdjęć https://myfeelingoftheworld.wordpress.com/galeria/bieszczady-2011/ 

I nie ma to jak utwór KSU „Za mgłą” http://www.youtube.com/watch?v=LYBud4hXJI8

Głosowanie na Dziennikarza Obywatelskiego 2010 Roku

Nieznana mi uprzejma osoba zgłosiła mój wpis o Guilin do konkursu na Dziennikarza Obywatelskiego Roku 2010. Dziękuję bardzo. Można mnie znaleźć i zagłosować pod linkiem http://doroku.wiadomosci24.pl/stylzycia/ 

W konkursie w kategorii sport znalazł się wywiad powakacyjny ze mną autorstwa Pauliny Pacy. Zachęcam do głosowania i wysyłania sms-ów! http://doroku.wiadomosci24.pl/sport/

Hong Kong

Jest maj 2011 roku. Wyprawa do Chin dawno dobiegła końca. Gdzieś w zamieszaniu po powrocie do kraju utknął wpis dotyczący Hong Kongu. To pewnie przez festiwal filmowy Era Nowe Horyzonty, w wir którego od razu wpadłam. A w myślach powstawał jeszcze następny, podsumowujący całą podróż post. Nie mniej postaram się przybliżyć trochę Hong Kong, bo to naprawdę świetne miejsce. Jestem pod jego absolutnym wrażeniem.

Relacja na blogu urywa się w dniu 15 lipca 2010 roku, kiedy to dotarłyśmy do Hong Kongu, ostatniego punktu naszej podróży i wynurzyłyśmy się z metra na powierzchnię…
… Przeżyłam fantastyczne „wow”. Ciąg dalszy tej strony »

10 tygodni i 5 dni

10 tygodni i 5 dni pozostało do tegorocznej wakacyjnej wyprawy. W dniu wczorajszym dokonałam zakupu biletu lotniczego do pewnego pięknego, azjatyckiego kraju. Przewodnik zmierza pocztą w kierunku Wrocławia a lista spraw do załatwienia powoli się zagęszcza. Jak co roku będziemy się starać dobrze przygotować, a wyjdzie jak zwykle. W pośpiechu, w zmęczeniu i w dużym podniecieniu.

A tymczasem w folderze „szkice” utknęły ostatnie wpisy z podróży po Chinach. Kończą się wedle zasady lepiej późno niż wcale.

Szykuje się również małe co nieco z podróżniczej, aczkolwiek innej strony. Wkrótce pojawi się recenzja książki Marka Tomalika „Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia”. Lektura dobrze się zapowiada i wygląda wypaśnie.

Guilin

Tarasy ryzowe

Nie dziwie sie, ze turysci masowo ciagna do Guilin. W Chinach to miasteczko, chociaz liczy 740 tys. mieszkancow. Hm, Wroclaw miasteczkiem? Wiec miasteczko Guilin ma ogromnego asa w rekawie. Przepiekne okolicznosci przyrody w jakich sie znajduje. Najpopularniejszy obrazek stad stanowi rzeka plynaca miedzy owalnymi gorami. Co rusz zza zabudowan wylaniaja sie charakterystyczne wzniesienia. Nowo przybyli nie moga sie napatrzec. A to dopiero namiastka. Podoba mi sie. Bardzo. Stawiamy na zwiedzanie okolicy. Transportem lokalnym wybieramy sie na dwudniowa wycieczke. Chcemy zobaczyc tarasy ryzowe. Rzecz polecona przez Chinke z pociagu.

Najpierw tluczemy sie 2,5h do Longsheng. Ciąg dalszy tej strony »

Shaolin i kung-fu

Ponownie w pociagach

Bylysmy bliskie zaliczenia kolejnego spoznienia. Tym razem na pociag relacji X’ian – Louyang. Nie moglysmy sie zdecydowac w sklepie, ktore ciasteczka kupic na podroz. Haha. Ostatecznie wyprulysmy z hostelu 45 minut przed odjazdem, poganiane przez chinskich znajomych z pokoju: „quickly, quickly”. Dla nich to tylko trzy kwadranse, dla nas az.

Udalo nam sie zalapac na cala procedure, jaka przechodza pasazerowie zanim usiada (lub nie) na swoich miejscach, a jaka ominela nas poprzednim razem. Przypomina troche lotniskowa zabawe. Najpierw pokazuje sie bilet. Dopiero wowczas mozna wejsc do budynku dworca kolejowego. Zaraz po tym kontrola bagazu. Pozniej trzeba odnalezc odpowiednia poczekalnie. Jesli jest sie na stacji poczatkowej nie ma gdzie stopy wcisnac. Siedzenia pozajmowane, opluta podloga rowniez. Co sprytniejsi rozkladaja sie na gazetach. Nie nalezymy z Wiol do najmniejszych, ale przepchnelysmy sie do przodu. Ciąg dalszy tej strony »

X’ian

Cyrk pociagowy

O maly wlos, a bysmy sie spoznily na pierwsza podroz chinskim pociagiem. Krajowym. Wparowalysmy kilka minut przed odjazdem. Haha. Smiech, bo wyszlysmy poltorej godziny wczesniej z hostelu, w pelni wyluzowane. Spacerek, przejazdzka metrem, dojscie do dworca. Olbrzymiego. I w tym momencie orientujemy sie, ze jest pozno. Puszczamy sie biegiem na nasz peron. Uff. Zdazylysmy. Zostalo 6 minut. Jednak niespodzianki sie nie skonczyly. Awaria klimatyzacji. Okien nie da sie otworzyc. Na dworze upal i duchota. W wagonie klasy „hard seats” autentyczna sauna. W piec minut jestem cala mokra. Jak po naglym oberwaniu chmury. Nawet obiektyw aparatu zaparowal. Sytuacja sie poprawia kiedy pociag rusza. Powoli klima zaczyna dzialac.

Podejmuje probe przedostania sie do toalety w celu zmiany odziezy z mokrej na sucha. Ciąg dalszy tej strony »