Plecak, przewodnik i przygoda.

Archive for Czerwiec, 2010

Mur Chiński – Jinshanling

Pozycja obowiazkowa dla kazdego odwiedzajacego Chiny. Rezygnujemy z ofert turystycznych i jedziemy na wlasna reke. Dolaczaja sie Australijczyk z Londynu i szalona dziewczyna z Brooklynu w Nowym Jorku. Telepiemy sie komunikacja miejska. Z dworca autobusem miedzymiastowym. Pozniej po dlugich negocjacjach wsiadamy do taksowki. Po trzech godzinach podrozy i pol godzinie wedrowki staje na MURZE! Na tym slawnym Murze, jednym z cudow swiata. Ach i och.

Rzeczywiscie jest ogromny. Rozciaga sie kilometrami. Biegnie na grzebietach zielonych wzgorz i ginie gdzies za horyzontem. Albo za mlekiem, ktore spowija krajobraz. Smog. Wspinamy sie po wysokich stopniach na wiezyczki. Widoki sa coraz lepsze. Co za okolica i przyroda. Po godzinie marszu uswietniamy pobyt na Murze uczta z pysznego mango. Przyjemnosc w historycznym miejscu. W Jianshanling nie ma wielu turystow, wiec mozna pelna piersia doswiadczac pobytu na Murze. Po dwoch godzinach wracamy i jeszcze kilkakrotnie ogladam sie za siebie. Prawdziwe cudo. (więcej…)


Tiananmen 2010

Buddyzm tybetanski w Pekinie
Slynny plac nie byl pierwszym miejscem, ktore zwiedzilam. Z gaszczu pekinskich zabytkow wybralysmy Swiatynie Lamajska oraz Swiatynie Konfucjusza, znajdujace sie w poblizu naszego hostelu. XVII-wieczna Swiatynia Lamajska, inaczej Palac Harmonii i Spokoju, stanowi oaze buddyzmu tybetanskiego w Pekinie. Kompleks jest piekny i warty obejrzenia. Przechodzi sie z jednej swiatyni na plac przed nastepna. I tak chyba z dziesiec razy. Wydaje sie, ze juz bedzie koniec, a tam kolejny fantazyjny budynek. 18-metrowy posag Buddy Maitreji miescie sie w Pawiolonie Wanfu. Ogromna statuetka zostala wpisana do Ksiegi Rekordow Guinessa, gdyz powstala z jednego kawalka drewna sandalowego. Wokol ludzie, poprzez poklony i palenie dlugich kadzidel, oddaja czesc przed buddyjskimi posazkami. Inna sprawa, iz nie czulam duszy w tym miejscu. Calosc wydaje sie dosyc sztuczna i posiadajaca drugie dno. Brakuje mnichow ubranych w tradycyjne szaty, ktore zostaly zastapione przez bordowo-czarne uniformy. Podobno Palac wykorzystywany jest przez chinskie wladze jako swiadectwo wolnosci religijnej w Panstwie Srodka. Przedstawienie na pokaz. (więcej…)


Pekińskie początki

Znalezc nocleg w 15 milionowym miescie
Pociag dotarl do celu. Wysiadlysmy na nowoczesnym, wrecz blyszczacym dworcu kolejowym. Wow. Jeszcze na takim nie bylam. Idziemy za tlumem do wyjscia. Na zewnatrz budynku pojawia sie ogromny plac nabity ludzmi. Tlok niesamowity. Mimo tego czujemy sie bezpiecznie. Nikt nie jest natarczywy. Lekko zdezorientowane w ogolnym polozeniu, robimy fotki. Krecimy sie w kolko z mysla w glowie: „Ok, co tu dalej robic?”. W gaszczu chinskich krzaczkow staramy sie odnalezc informacje turystyczna. Porazka. Ale i smiech kiedy widze „bialych” turystow kierujacych swoje pierwsze kroki do KFC. Haha. Chlopaki nie wiedza od czego zaczac. Nam idzie coraz lepiej. W banku dostajemy yuany z wizerunkiem Mao na kazdym. Banknot o wartosci 50 ma na odwrocie Palac w Lhasie… Przy pomocy przewodnika LP obieramy kurs na hostel o dobrze brzmiacej nazwie „Lama Temple”. (więcej…)


Sześć dni w kolejce transmongolskiej

Chiny w Moskwie
Na tablicy w poczekalni Dworca Jarosławskiego w Moskwie przy pociągu nr 4 do Pekinu wskoczyła „5”. Duży plecak zarzuciłam na plecy, mały na przód i dociążona czterema litrami wody mineralnej maszeruję na peron. A tam… chińskie wagony, chińscy konduktorzy i chińskie znaczki. Zaskoczenie i zdziwienie. Lekkie drgniecie serca. Nie spodziewałam się, że Chiny przybędą do mnie. Oczekiwałam rosyjskiego składu i rosyjskiej atmosfery na pokładzie kolejki. Pierwsza wykonana rzeczą jest zerwanie tybetańskich naklejek z kubka i z okładki dziennika. Tak na wszelki wypadek.

Wagon nr 11
Ogólnie nieźle. Chiński wagon cupe okazuje się wygodnym środkiem długodystansowej lokomocji. Cztery łóżka w przedziale. Do mnie i Wioli dosiada się pani Tunga z Mongolii. Organizujemy życie: (więcej…)


Przemytniczki czekoladek i babeczek

24 godziny w pociagu Lwow – Moskwa. Plackarta jak wyjeta z albumu ze zdjeciami podrozniczymi. Przypadly nam miejsca sypialne jedno na gorze i jedno na dole. W schowku na bagaze pod lozkiem na parterze, znajdujemy podrzucona reklamowke ze slodyczami. Pani opiekunka naszego wagonu prosi o przewiezienie pakunku przez granice rosyjska. Ona nie moze. Odchodzimy bez slowa i przez cala droge zachodzimy w glowe co tam naprawde jest. Tymczasem Pani „prowadniczka” napelnia skrytke w suficie i skrzetnie przykreca srubki. Hm, no i co tu powiedziec.

Pogoda upalna, w pociagu sauna. Otwieraja sie tylko male, gorne okienka po jednej stronie boksu. Wentylacja zerowa. Pod tym wzgledem w indyjskim skladzie bylo lepiej – zamiast szyb kraty. Ubranie mokre od potu, cialo sie lepi. Nie pomagaja zabiegi nawilzania woda z dziwnego kranu w toalecie. Pasazerowie po prostu leza w bezruchu. Dopiero wieczor przynosi ulge.

Trzepania na granicy ukrainsko – rosyjskiej nie bylo. Jedynie dokladne sprawdzenie wiz i paszportow, bo jestesmy z „Polszy”. Teraz caly dzien w Moskwie. Zostawiamy bagaze w hostelu Underground, w ktorym mieszkalysmy w ubieglym roku, bierzemy upragniony prysznic, korzystamy z internetu i w miasto.

Jeszcze szesc dni koleja transmongolska, dwie granice i bedziemy w Pekinie.

Do galerii „Chiny 2010” wpadlo kilka zdjec. Troche przypadkowych ze wzgledow technicznych.


Klimatyczny Lwów

Trzydniowy pobyt we Lwowie dobiega końca. Okazuje się, ze można wyjechać zupełnie bez przygotowania kiedy ma się fajnych znajomych. Dostałam namiary na ludzi, którzy zapewnili mi nocleg, oprowadzili po mieście, cierpliwie tłumaczyli co, gdzie i skąd odjeżdża. Mogłam wyrzucić na makulaturę wydrukowane w ostatniej chwili informacje z wikipedii (chociaż mapka się przydała).

Wow!

Lwów mnie powalił. Atmosferycznie podobny do Wrocławia. Godzinami można błąkać się po uliczkach i zakątkach, przesiadywać w knajpkach popijając tutejsze piwo, bądź pyszną czekoladę (zwłaszcza połączenie białej z czarną w „Złotym Dukacie”). Piękna pogoda dopełniała dzieła rozkoszy i wakacyjnego lenistwa.

Jednak to nic w porównaniu z Cmentarzem Łyczakowskim. (więcej…)


Reisefieber

Zostało 10 godzin do odjazdu pociągu do Lwowa. Od pięciu dni jakby trochę posunęłam się do przodu w przygotowaniach – bilety i wizy wczoraj odebrane (ale nie skserowane), blog już lepiej (ale nie najlepiej), plecak spakowany (ale wymaga generalnego przemeblowania). I jeszcze tysiąc innych małych spraw. I jedna większa. Still don’t panic.


Dlaczego Chiny?

Dlaczego? Dlatego, że w tym roku nie nauczyłam się języka hiszpańskiego i nie mogę pojechać do Meksyku. Dlatego, że z wielu względów to interesujący kraj. Dlatego, że warto zobaczyć najludniejszy kraj świata i poznać życie Chińczyków. Dlatego, że piszę pracę magisterską o Tybecie. Dlatego, że miesiąc w Chinach to prawdziwy kosmos.

Wrocław – Pekin pociągiem. Dotarcie do Pekinu stanowi nie lada wyzwanie. Ponad 9 tys. kilometrów koleją. Najpierw do Lwowa, potem do Moskwy i stamtąd do stolicy Państwa Środka. Pięć i pół dnia w rosyjskiej maszynie non stop. Przynajmniej poczytam nieruszony jeszcze przewodnik.

Miesiąc w Chinach zleci szybko. Cztery tygodnie miną prędko. Zanim się obejrzę będę stała na lotnisku w Hong Kongu czekając na samolot powrotny do Polski. Z drugiej strony brak planu trasy między stolicą a specjalnym regionem administracyjnym intryguje i gwarantuje niezapomniane przeżycia.


Już niedługo

Zostało pięć dni do wyjazdu. Plecak niespakowany, wizy i bilety nieodebrane, blog w wersji mocno roboczej. But no panic.